Kiedyś to były czasy. Halinka spod dwójki zawsze chodziła na zakupy do osiedlowego, bo pracowała tam Baśka, jej dobra koleżanka. Nigdy nie robiła dużych zakupów, ale za to trasę sklep-mieszkanie pokonywała parę razy dziennie. Po co? Raz, że zawsze o czymś zapominała. Dwa, po drodze spotykała rzeszę koleżanek, najczęściej jeszcze z czasów szkolnych, które lubiły pobiadolić o pogodzie, biedzie w portfelu i nowym wikarym w sąsiedniej parafii. Trzy, nie miała nic lepszego do roboty. I choć internety wtedy jeszcze ledwo w polszy zipały, a fejsbuczek nie pojawił się nawet w głowie młodego Marka, to przypuszczenie o zdradzie "Irki, no tej, radomskiej" z "Grzesiem od pralek" znajdowało drogę do ich znajomych, rodziców i szefostwa z prędkością pięćdziesiątki dreptającej w papciach z workiem kartofli.