Gdyby
zapytać któregokolwiek z tkniętych starością sąsiadów, bułki pełnoziarniste wypiekane
tego samego dnia w miejscowej piekarni nosiły miano „najlepszych”, jednak nie
dla niej. Ona kupowała je dlatego, że ziarenka słonecznika zdrapywane z nich
podczas parzenia się kawy były prawdopodobnie największym przysmakiem sikorki,
która każdego ranka około godziny 7:00 stukała w okno kuchni domagając się swojej
porcji. Mokra do tego stopnia, że woda nadal ściekała delikatnie z jej długich
białych włosów, przez zaowalowane kości policzkowe, matową szyję i przylgniętą
założoną rano na szybko podkoszulkę uwydatniającą teraz brak stanika,
który nie był czymś koniecznym dla tej pary walorów, usiadła przed stołem z
bułką bez słonecznika, piersiami bez biustonosza oraz kawą bez mleka i cukru. Zjadła śniadanie. Ptaszek też
zjadł, nie podziękował, nie uśmiechnął się, nie spojrzał, nie stuknął w
szybę na pożegnanie, po prostu niewdzięcznie odfrunął.
„Teraz pora żebym ja sobie odfrunęła” – pomyślała z dzikim grymasem na twarzy.
Sięgnęła do barku wyjmując najsłodszy alkohol, jaki się tam znajdował. Likier
brzoskwiniowy przywieziony przez babcię z Niemiec rok temu wydawał się być
idealnym wstępem do całodziennego użalania się nad sobą i wódkę na otarcie łez
po spacerze, którego Tryton by jej pozazdrościł.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz